|
Exciter Tour:
Warszawa, Tor Wyścigów Konnych
/ 2001.09.02
_
02 września 2001, Tor Wyścigów Konnych, Warszawa
W południe Warszawa przywitała nas bardzo ciepłą i
spokojną pogodą, która z pewnością nie zwiastowała tego co
miało nastąpić wieczorem. Już na początku wychodząc z tramwaju przy Alejach
Jerozolimskich, czuć było wiszące w powietrzu napięcie. Warszawa lekko kołysała
się w rytm muzyki depeche MODE. Na ulicach wciąż mijaliśmy się z naszymi
"braćmi i siostrami", a w kawiarenkach i galerii centrum (do której razem ze
Stefo dotarliśmy zupełnie przez przypadek) wybrzmiewały z telewizji znajome
dźwięki "Kolonijskiego" koncertu sprzed 3 lat, retransmitowane w ten szczególny
dzień przez Polską MTV. Dziś wszyscy chcieli przypodobać się fanom depeche
MODE. Właśnie w ten dzień Warszawa wydała mi się całkowicie innym miastem,
znacznie bardziej ekscytującym i jakby o wiele mniejszym. Wszystko co najlepsze
skumulowało się w jej granicach, przestał drażnić nadmierny hałas zakorkowanych
ulic i zatłoczone chodniki. Miejscami mój umysł nie nadążał z pojmowaniem tego
nowego obrazu Warszawy, który dotychczas był mi zupełnie obcy. Na każdym kroku
był ktoś znajomy, ale nie osobiście. Jakiś depeszowiec z wypchanym plecakiem i
zawirowanym spojrzeniem, patrzący ze zniecierpliwieniem na zegarek i w myślach
odliczający czas do rozpoczęcia koncertu. Były też zwarte grupy i "starzy
wyjadacze" oraz ludzie tacy jak ja i Stefo, dla których koncert
depeche MODE był całkowicie nowym doznaniem, najskrytszym marzeniem, które
wreszcie miało się spełnić by zaspokoić rozpalone do czerwoności serca,
przepełnione muzyką i tekstami depeche MODE.
Zbliżała
się 16:00, posileni w jednej z komercyjnych restauracji, postanowiliśmy zerknąć
na mapę i ostatecznie ustalić nasze położenie względem Służewieckiego Toru
Wyścigów Konnych, na których to miała dokonać się ta "czarna msza" jakiej
oczekiwaliśmy od tak wielu lat. Jednak wraz z upływem czasu, zaczynałem coraz
bardziej odklejać się od rzeczywistości, nawet z olbrzymią trudnością
przychodziło mi skupienie się na zagęszczonych punktach mapy Warszawy
i ulicach które miały nas doprowadzić do Służewca. Dobrze chociaż że Stefo
miał dobre przeszkolenie w orientowaniu się w terenie (zwłaszcza w o wiele
gorszych warunkach). Zatem bez najmniejszych sprzeciwów poddałem się jego
sugestiom. W ten sposób na Służewiec udaliśmy się metrem, które samo w sobie
było dla nas obu dosyć nowym i ciekawym doświadczeniem. I tutaj również nie
byliśmy osamotnieni "w wierze". Razem z nami, niemal większość pasażerów owego
metra stanowili depesze, zmierzający w dokładnie tym samym kierunku co my. Kilka
przystanków dalej metro zatrzymało się w końcu na stacji "Służew", a stamtąd już
zmasowaną grupą przemaszerowaliśmy w kierunku Torów Służewieckich, niemal jak
pochód jakiejś nowej ideologii, która za najważniejszą datę wybrała sobie dzień
2 września 2001 roku. Z każdym krokiem, który przybliżał mnie do tego
magicznego miejsca, adrenalina coraz bardziej uderzała mi do głowy. Służewiec
stawał się powoli innym światem, miastem w mieście, wszystko co pozostawało za
moimi plecami przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Jednak w pewnym momencie
widząc tą całą watahę śmiało idących do przodu fanów depeche MODE,
poczułem się w duszy trochę obnażony. Tak, obnażony... ze swojej najskrytszej
fascynacji której nikt nigdy nie potrafił docenić, zrozumieć, która była moim
odrębnym światem, do jakiego nikt oprócz mnie nie miał dostępu. Teraz widząc
tych wszystkich ludzi, musiałem otworzyć się na nową rzeczywistość, do której
nie byłem przyzwyczajony. Uzmysłowić sobie że oni są tacy jak ja, oni też
słyszeli Oberkorn, Sea Of Sin, czy My Joy, też znają każde
słowo i każdy dźwięk muzyki depeche MODE. To wszystko przez kilka chwil
nie mieściło mi się w głowie, jednak w tym szczególnym dniu bardzo wiele rzeczy
mnie zaskakiwało, dlatego szybko przestałem się nad tym zastanawiać i znowu na
główny plan wysunął się nadchodzący koncert.
Po pokonaniu grubo ponad kilkuset metrów moim oczom ukazała się wielka brama
sektora A i B przy której "warowała", niewyobrażalna masa ludzi.
Szczerze współczułem im tego potwornego ścisku. Jednak moja przechadzka po
ulicach Warszawy na szczęście nie musiała zakończyć się właśnie w tym
miejscu. Tutaj tylko zaopatrzyłem się w koszuli promujące koncert i poszedłem
dalej pod wejście sektora VIP. Niestety, organizacja wejść na koncert z
tego (teoretycznie "ekskluzywnego") miejsca była dosyć niefortunna,
nieprzemyślana i całkowicie paradoksalna, co tylko powodowało we mnie napady
niezdrowego już zniecierpliwienia a nawet złości i ostrych słów pod kątem
organizatorów. Stojąc tak na deszczu w ścisku przed bramką z wykrywaczem metali,
różne myśli chodziły mi po głowie. Ekscytacja mieszała się z niepokojem,
skacząca adrenalina z bezsilnością. Na szczęście po wielu perypetiach
pokonaliśmy razem ze Stefo tą parszywą formę odizolowania nas od sennych
marzeń, które zaraz miały się spełnić na widocznej już dokładnie, choć jeszcze
nie w pełnej okazałości scenie. Niestety, a może na szczęście, mój przyjaciel
musiał zostawić kilka rzeczy w depozycie, co okazało się później zbawienne dla
ich dalszej egzystencji. Mimo wszystko nie to było już w tej chwili
najważniejsze.
Wraz z przekroczeniem progu bramki, z opaską na lewym ręku zbliżałem się do sceny, z
coraz większym otępieniem. Przez całe ciało przechodziły mi dreszcze, serce biło
coraz szybciej. To już był przedsmak tego co miało zaraz nastąpić. Dokoła wielka
masa ludzkich twarzy, szum wielotysięcznej widowni która ściśle przywierała do
barierek sektora A, setki ludzkich oczu patrzących na nas z nutką
zazdrości. Sektor VIP był z kolei oazą całkowitego spokoju (przynajmniej
przed koncertem). Nie było tu czuć tego napięcia i ścisku jaki dało się zauważyć
w dalszych sektorach. Na razie przypominało to pewnego rodzaju elektro-piknik
"pod chmurką", która właśnie teraz postanowiła schłodzić umysły tej całej
zbieraniny fanatyków, rozgrzanych do granic możliwości myślą o zobaczeniu tak
ubóstwianych przez siebie osobistości. Z potężnych głośników wybrzmiewały (na
razie na pół swoich możliwości) ciekawe utwory elektroniczne ze statecznym, ale
doprawdy rozbrajającym "beatem", w których (jak się potem okazało) maczał palce
sam Martin Gore, jedna z najważniejszych postaci dzisiejszego wieczoru.
Zaczynało się ściemniać coraz bardziej i coraz trudniej przychodziło mi czekanie
na mój ulubiony zespół, nawet piwo wypite za horrendalną cenę bodajże pięciu zł
razem ze Stefo, nie zdołało mnie uspokoić, jedynie zgasiło pragnienie,
ale nadal trzęsły mi się ręce z wrażenia i czułem jakbym zaraz miał się
rozlecieć na milion drobnych kawałków, przy pierwszych dźwiękach Intra i
gitarowego Dream On [85] w wykonaniu
Martin'a. Jednak nagle mój
niepokój ducha przerwało wyjście na scenę supportu, dwóch zgrabnych panienek,
które miały uprzyjemnić nam czekanie na depeche MODE w coraz
bardziej natarczywych strugach deszczu. Atmosfera delikatnie się ożywiła, pomimo
przejmującego wiatru, coraz przyjemniej stało mi się przed sceną widząc że już
zaraz pojawią się na niej Dave, Martin,
Fletch i reszta
muzyków. Piosenki dziewczyn, lubujących się w klimatach synth-popowych
rzeczywiście trochę mnie rozgrzały i uspokoiły. Niestety taki stan równowagi
emocjonalnej utrzymywał się tylko w czasie trwania każdej z piosenek. Gdy muzyka
milkła, budził się we mnie instynkt prawdziwego, zmokniętego i zdesperowanego
depeszowca, któremu nie wystarczy już ta subtelna rozgrzewka, fanatyka który
pragnie decydującego starcia z żywiołem o nazwie depeche MODE.
W końcu ciągłe wołania nieludzkim głosem,
który zaskakiwał swoją barwą i doniosłością mnie samego, doprowadziły do tej
upragnionej chwili. Bardzo powoli i ociężale zaczyna ulatniać się z potężnych
głośników Easy Tiger [84]. A na scenie pojawiają się jedni po drugich,
członkowie ekipy dM. Powolny Tygrys trwa, a ja połykam łapczywie każdą
zmianę i ruch na jeszcze zaciemnionej scenę. Aż w końcu moim oczom ukazuje się
Martin Gore, ze swoją gitarą, rozpoczynający szybko i płynnie
swoją instrumentalną wersję Dream On
[85]. Wtedy już sam nie mogłem
uwierzyć w to, co się dzieje tu (gdzie stoję) i kilka metrów przede mną. Zaczęło
się robić na prawdę gorąco. Od tej chwili byłem praktycznie niewolnikiem, gitary
Martin'a. To była prawdziwa gorączka. Patrzyłem na niego z
niedowierzaniem i klaskając delektowałem się muzyką wypływającą z rąk tego
genialnego muzyka. Jednak prawdziwy wybuch euforii nadszedł dopiero przy
pierwszych dźwiękach ostrego i drażniącego wszystkie zmysły
The Dead Of Night [83],
w tym miejscu pałeczkę lidera na scenie przejął Dave, którego doskonały
głos zmiatał wszystko z powierzchni ziemi. Wtedy skacząc w rytm muzyki czułem że
rozpiera mnie energia, którą emanuje ten nieprzeciętny człowiek na scenie. Moje
uwielbienie łączyło się z zafascynowaniem i podziwem. Czułem
niesamowitą bliskość z zespołem, którego obraz znałem jak dotąd tylko ze zdjęć i
filmów. To wszystko było aż zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe, jednak czasem
marzenia się spełniają. Dave szalał na scenie wprowadzając zamęt w mojej
głowie, a ja miałem wrażenie że co jakiś czas patrzy w moim kierunku co już w
ogóle nie mieściło się w mojej percepcji. Ogólnie
The Dead Of Night [83] na żywo, brzmiało fantastycznie, doskonała propozycja na rozruszanie
publiczności. Później chwila wytchnienia i całkowitego zasłuchania w
The
Sweetest Condition [83]. Dalej klimat rósł i malał dawkowany w niewielkich
ilościach, tak żeby oszołomić, ale nie nasycić. Dave wyraźnie z biegiem
czasu coraz bardziej otwierał się na publiczność. Energia bijąca z obu stron
kumulowała się szczególnie na nim, ale także na publiczności. Działała wręcz jak
jakaś substancja odurzająca, bo jestem pewien że w innych okolicznościach, po
całym dniu chodzenia pieszo ulicami Warszawy nie zdołałbym ustać nawet 20
minut, a co tu jeszcze mówić ponad dwóch godzin. Kolejnymi piosenkami jakie
szczególnie utkwiły mi w pamięci, były po kolei
When The Body Speaks
[84],
Waiting For The Night
[83] i przepiękny Sister Of Night
[24]. Była to z
pewnością najwolniejsza i o najbardziej kontemplacyjna część koncertu. Przy
When The Body Speaks
[84], poszło w ruch kilka paczek zimnych ogni, które razem
ze Stefo przemierzyły pół Polski aby w końcu dotrzeć na Służewiec. Szkoda
tylko że płonęły nader szybko, a ich zapalanie w ścisku i przy takim siarczystym
deszczu było niezbyt wygodne. Jednak kiedy już płonęły, utworzył się delikatny i
niesamowicie przyjemny klimat, jakby pewnej wspólnoty religijnej, złożonej z tej
wielotysięcznej widowni teoretycznie obcych sobie ludzi. Ja również z zimnym
ogniem w ręku kołysałem się w rytm muzyki i subtelnego śpiewu Dave`a,
który chyba jeszcze bardziej od nas wczuwał się w ten wszechobecny
nastrój pokoju, wyciszenia i miłości. Ta piękna ballada, otworzyła moje serce na
kolejny utwór -
Waiting For The Night
[83]. Była to bodajże pierwsza
piosenka w czasie której na wielkim ekranie z tyłu sceny pojawiła się konkretna
prezentacja, podkreślająca w genialny sposób piękno owej kompozycji. Na pewno
właśnie tej piosenki i tej prezentacji nie zapomnę do końca życia. Było to
doznanie z pewnością niematerialne, całkowicie metafizyczne i jak dotąd
niezgłębione. Wtedy właśnie słysząc klimatyczny i pełen nieprawdopodobnego
piękna Waiting For The Night
[83] , czułem że czegoś takiego w życiu
może już nigdy nie przeżyje. Spadający z nieba deszcz przestał mi przeszkadzać a
nawet był jakby kolejnym perfekcyjnym elementem prezentacji, skupiającej się
właśnie na miarowych uderzeniach kropli, która wtapiała się w lustro wody
zgodnie z rytmem muzyki. Czułem jakby ten nierealny i wyimaginowany deszcz
przeniósł się tutaj na widownie, tak bym jeszcze bardziej mógł poczuć magię i
nieprzeciętność muzyki depeche MODE. Tego wrażenia nie sposób opisać
słowami, to jakby uczucie przejścia w całkowicie inny stan skupienia. Po tych
piorunujących doznaniach przyszedł czas na to by Martin zabrał głos i
chwycił za serce, już i tak oszołomioną publiczność.
Sister Of Night
[24], a
raczej jego wersja akustyczna jaką zaprezentował nam Martin, przeszła moje
najśmielsze oczekiwania. Po prostu powalała na kolana, do tego zaangażowanie
jakie wkładał w jej wykonanie Martin potęgowało wrażenie swoistego misterium
którego wszyscy byliśmy świadkami. To było jak grzebanie w odmętach mojej duszy,
tak aby w końcu przy refrenie wyrzucać z siebie wszystkie troski i doznać
wewnętrznego oczyszczenia. Gdy utwór dobiegał końca, czułem że po raz kolejny,
przeżyłem prawdziwe i niepowtarzalne wewnętrzne święto, z udziałem Martin'a
jako duchowego przewodnika. Naprawdę fantastyczne doznanie...
Deszcz jakby po spełnieniu swojej funkcji przy
Waiting For The Night
[83],
nieco się przerzedzał, a koncert trwał nadal. Martin zaśpiewał jeszcze
Breathe
[84], i powoli przychodził czas na nieco szybszą część koncertu, którą
otworzył już Dave, śpiewając z wielkim uczuciem, Jedną z najlepszych
kompozycji z Exciter'a -
Freelove [83]. Utwór doskonały w swojej
formie, teraz nabrał jeszcze większych rumieńców w wersji koncertowej. Jednak
prawdziwym wyczynem w wykonaniu depeche MODE był chyba najbardziej
oczekiwany przeze mnie utwór -
Enjoy The Silence [84], To była już prawdziwa
euforia, wtedy chyba najlepiej czułem smak spełnionych marzeń. depeche
MODE nie zawiedli mnie, muszę przyznać że
Enjoy The Silence [84] na
Warszawskim koncercie był najlepszym utworem jaki kiedykolwiek miałem okazje
usłyszeć. To był już praktycznie hymn, grany dla wszystkich fanów depeche MODE i zaśpiewany przez nich samych razem z
Dave`em i Martin'em.
Enjoy The Silence [84] zawsze doskonale prezentował się na
koncertach, jednak jego część instrumentalna tym razem dosłownie ścinała z nóg.
Była rewelacyjna, doskonale zsynchronizowana i cudownie dopełniona genialną
solówką w wykonaniu Mr. Martina L. Gore`a. Myślałem że w czasie tego utworu
wyjdę z siebie pod wpływem takiej potężnej dawki energii. Serce wyrywało się z
zawiasów, a dusza niemal wychodziła z ciała. Ten utwór pozostanie w mojej
pamięci również na bardzo, bardzo długo, naprawdę takich rzeczy się nie
zapomina. Później zabawa rozpoczęła się na dobre. Bardzo ciekawie brzmiało
I Feel You [84] oraz
In Your Room [84] z kolejną nieprzeciętną prezentacją na
"big screenie" z tyłu sceny. Następnie nadeszła pora na nieco nowsze nagrania
depeche MODE czyli
It`s No Good [83] oraz całkowicie świeżutki
I Feel
Loved [50]. Z czego ten ostatni szczególnie dobrze prezentował się na tle
szlagierowych przebojów depeche MODE. Nadał nieco dyskotekowy charakter
całemu temu przedstawieniu, a wirujące i nakładające się na siebie słowo love
obecne na ekranie potęgowało wrażenie rytmicznej hipnozy, przerywanej tylko
okrzykami I feel loved!!!. Wtedy byłem już mocno zmęczony, chociaż
co ciekawe nie czułem tego zmęczenia w czasie trwania piosenek, ale chwilę po
ich zakończeniu. Dobrze że przerwy nie trwały długo, no a poza tym czekało mnie
przecież jeszcze sporo wrażeń tego pięknego wieczoru. Na początek depeche MODE postanowili dobić mnie swoim rewelacyjnym
Personal Jesus
[84].
Gdzie zarzynając resztki swoich strun głosowych wołałem z całkowitym oddaniem
reach out and touch faith!!!.
Po tym wszystkim pozwolili mi na chwilę
wytchnienia, a Martin rozpoczął
Home [83], tak by przygotować mnie na
decydujące starcie, którego sam do końca jeszcze nie byłem świadom. Kolejnym
punktem programu, był niesamowity
Clean [75], przy którym znowu malutkie
światełka, stanowiące żelazny punkt scenografii koncertu, zjechały na dół, aby
uświetnić pełen uczucia i przejmujący wokal Dave`a w tej świetnej
kompozycji. Kiedy Clean [75], dobiegł końca, nastąpiła chyba największa
niespodzianka w czasie tego koncertu, otóż dane mi było usłyszeć fantastyczny
utwór który rozpoczynał wiele lat temu moją przygodę z depeche MODE.
Już przy pierwszych dźwiękach
Black Celebration [82], łzy stanęły mi w
oczach. Ten utwór ma dla mnie wyjątkowe znaczenie, a słysząc go na żywo, cała
moja dotychczasowa fascynacja depeche MODE przechodziła mi przed oczami.
Te cudowne lata kumulowały się w małe porcje które w ciągu paru sekund
przemykały mi po głowie jedna po drugiej. Dlatego właśnie
Black Celebration [82], odebrałem w wyjątkowo dotkliwy i namacalny sposób, miałem
wrażenie jakby Dave, Martin i Fletch zagrali ten kawałek
specjalnie dla mnie. Była to moja wewnętrzna Czarna uroczystość, która
pozostanie w moim sercu na zawsze. Potem przyszedł już czas na prawdziwe apogeum
dzisiejszego, bardzo długiego wieczoru. Ekran zabarwił się w żółte plamy a
Martin rozpoczął swoim charakterystycznym riffem utwór kończący ten
niesamowity koncert -
Never Let Me Down Again [84]. Znowu ziemia zadrżała i
wszystko zaczęło pulsować. Kolejny raz ulatywałem wysoko w jakąś niezbadaną
przestrzeń i naprawdę nie chciałem za nic w świecie schodzić na ziemie. Tym
utworem depeche MODE znowu pokazali że nikt nie może się z nimi
równać. Również i tutaj, tak samo jak w przypadku
Enjoy The Silence [84] część instrumentalna działała na mnie całkowicie rozbrajająco. Wręcz
bombardowała mnie swoją siłą przekazu, energią i napięciem jakie wypływało z
głośników. Zaraz po niej przyszedł czas na rytualne machanie rękami, bez którego
nie mogło się obyć żadne publiczne wykonanie tej świetnej piosenki. Ja również
mimo tego że byłem już całkowicie opadnięty z sił, zebrałem się w sobie i na
znak Dave`a zacząłem imitować (wraz z resztą widowni) falujące na wietrze
łany zboża, które tak naprawdę porusza nieprzeciętna muzyka depeche
MODE, a nie jakiekolwiek oddziaływanie środowiska naturalnego. Szczerze
mówiąc kiedy wszyscy podnieśli ręce do góry niewiele już dało się zobaczyć z
tego co działo się na scenie. Mimo wszystko nie oto tu chodziło, Dave
poruszył nawet najbardziej uśpione zakamarki publiczności, która jakby podwoiła
się w swojej liczebności. Dyrygował nią według swojego uznania, a ona posłusznie
spełniała jego polecenia. Znowu był to jeden z wielu magicznych momentów w
czasie trwania tego koncertu. Kolejne całkowicie odjazdowe i niepowtarzalne
przeżycie. Po zakończeniu
Never Let Me Down Again [84], owacjom nie było
końca. Scena jaskrawo zabarwiła się białymi strumieniami światła, a depeche
MODE powoli ją opuszczali, machając nam na pożegnanie i życząc dobrej nocy
oraz rychłego zobaczenia następnym razem. Jednak tak naprawdę, to my mieliśmy
powody do tego by im gorąco dziękować, za to że zechcieli zagrać dla nas w
czasie tego deszczowego wieczoru.
Gdy już ostatni członek ekipy opuścił scenę, w mgnieniu oka uzmysłowiłem sobie jak
wielkiego wydarzenia byłem przed chwilą uczestnikiem. Oczywiście od razu jak
tylko ruszyłem się z miejsca, dały o sobie znać (skutecznie znieczulane do tej
pory) nogi. Z fizycznego punktu widzenia miałem wrażenie jakbym przed chwilą
wyszedł z pralki automatycznej, jednak we wnętrzu czułem duchowe oczyszczenie,
spokój i radość. Kierując się razem ze Stefo, do wyjścia, brodziliśmy po
błotnistym trawniku, który z pewnością długo nie zapomni tego wyjątkowego dnia
(tak samo jak my). Chaotycznie próbowałem ogarnąć myślami to wszystko co się
działo tutaj jeszcze przed paroma minutami. Jednak w głowie miałem istny mętlik,
nie mogłem pozbierać myśli, które wciąż krążyły gdzieś poza mną, jakby
zapominając o tym że koncert przeszedł już w tym momencie do historii. Ale jak
się potem okaże, jeszcze długo po tej chwili mój umysł nie powróci do stanu
sprzed koncertu. Już nigdy nie będzie tak samo jak przedtem. Koncert otworzył
przede mną nowe horyzonty patrzenia na muzykę, delektowania się w nią w
całkowicie nowy, nieznany mi dotąd sposób. Mimo wszystko opuszczając teren
Służewca, czułem w sobie lekką nutkę żalu na myśl o tym, że to wszystko już
minęło i być może bardzo długo przyjdzie mi czekać na kolejny tak cudowny
koncert w wykonaniu depeche MODE. Co gorsza w tej kwestii nie ma
mowy o żadnych zamiennikach, żadna grupa nie gra tak dobrze jak depeche MODE
i dlatego warto wspominać tamten dzień oraz z nadzieją czekać na kolejną czarną
uroczystość w wykonaniu tego najfantastyczniejszego zespołu na świecie.
Dla mnie osobiście była to duchowa podróż poprzez kalejdoskop
uczuć i wrażeń, które zawsze były częścią mnie, a teraz mogły wyjść z głębi
mojej duszy, napełniając ją całkiem nowymi doznaniami i przeżyciami.
To było jak dziwny sen, który tak naprawdę powinien zostać w
sferze błogiej fantazji, jednak stał się rzeczywistością,
w której na dodatek ja sam miałem czynny udział.
Na pewno
to wydarzenie pozostawi na długo ślad w mojej psychice, dzięki niemu stałem się
znacznie bogatszym wewnętrznie człowiekiem. Nawet teraz kiedy od koncertu minęły
już prawie trzy miesiące, często go wspominam i coraz bardziej żal mi jest tego,
że nie mogę przenieść się w czasie by jeszcze raz przeżyć to wielkie
przedstawienie w wykonaniu depeche MODE na Warszawskim Służewcu. A
póki co pozostają wspaniałe wspomnienia, zdjęcia i nadzieja, która każe wierzyć
że kiedyś jeszcze raz zobaczę na swoje własne oczy muzyków z depeche
MODE.
Fuego
Relacja z koncertu w Warszawie, oryginalnie ukazała się po raz
pierwszy 10 lat temu na poprzedniej wersji MODEontheROAD.
_
|
|